Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Ciąg dalszy walki o rozum w biznesie

dokumentyNa zwrot „technologiczny startup” wielu ludzi, w szczególności wchodzących w dorosłość ludzi, dostaje istnej mózgowej sraczki (biegasz jak z pieprzem, aż w końcu w ustronnym miejscu napięcie cię opuszcza). Za tym słowem kluczem, wspartym setkami artykułów w internecie, dziesiątkami serwisów i katalogów w serwisach, kryją się i radości tych, którzy osiągnęli sukces jak i smutek tych, którym do sukcesu daleko. A może nawet jeszcze dalej niż rok wcześniej, bo wszelkie oszczędności na rachunku bankowym już nie istnieją.  

Moim celem jest utrudnić Ci ponieść porażkę, a jeśli już to się stanie, to przygotować Cię do natychmiastowego podniesienia się. A gdy już znowu staniesz, to chcę Ci pomóc nanieść korekty, rzeczowo przeanalizować przyczyny i namówić, byś zaczął od nowa. Też tak robię i jak widać robak poczucia przegranej w mojej głowie nie siedzi. Tak na marginesie, liczba pułapek biznesowych, w które wpadłem na jakimś etapie życia powinna spowodować, że od dobrych 20 lat powinienem chyba tabletki na depresję łykać, albo zmienić imię w dowodzie na Jonasz.  

Demitologizując określenie „startup”, owo „credo” doby wojującego internetu, opowiem dziś nieco o kosztach operacyjnych i o tym, że zapominanie o nich to źródło wielu, bardzo wielu bolączek. Jak to zwykle bywa, poprę to przykładem z życiowego doświadczenia.  Nie obędzie się bez wycieczki w stronę instytucji z pieniędzmi, ale w cudzą pierś bić się nie zamierzam i opowiem o osobiście popełnionym błędzie. Dziś on mnie dość dużo kosztuje i za który tylko ja osobiście odpowiadam; nikt więcej, tylko ja sam.  

Startup, a tym bardziej startup technologiczny zdaje się być brzegiem mitycznej Klondike, do którego piechotą, pociągiem, statkiem, samolotem czy czym kto może, pędzi ten, któremu w głowie mniej lub bardziej głupi pomysł w głowie zawita. Tak było też w moim przypadku. Choć pomysł nadal uważam za dobry i model biznesowy wskazuje, że będzie on przynosić dochody, to zrobiłem najgłupszą rzecz, którą można zrobić na początku tworzenia biznesu czyli poszukałem zewnętrznych źródeł finansowania.  

Zamiast skupić się na organicznym rozwoju, napisałem aplikację konkursową, która znalazła przychylność recenzentów. No a skoro mądrzy ludzie nie widzieli nic głupiego w tym pomyśle, to znaczy, że sukces na 100% powinien być murowany. Prawie murowany. Otóż, jak to z konkursami bywa, każdy z nich ma swój regulamin i swoje prawa, które nie wiedzieć czemu nie są dostosowywane do pomysłów biorących w nim udział. Skoro regulamin nie dostosował się do mnie, to ja musiałem do regulaminu. Na początku bardzo uważnie przeczytałem zasady i kryteria oceny. Widząc, w którym miejscu donator postawił akcent, szybko przemyślałem opis projektu, tak by pasował do zasad. To było dziecinnie łatwe. Pojawiło się jednak inne, trudniejsze wyzwanie. Konkurs nie pozwalał na to, by skupić środki na wybranych, niezbędnych do realizacji obszarach tylko w praktyce wymagał rozłożenia kosztów na róże kategorie typu: koszty ogólne, koszty inwestycji w środki trwałe, koszty promocji i inne. To jeszcze nie stanowiło problemu. Problemem było to, że dane półki miały procentowe, a nie kwotowe limity na ich udział w ogólnym koszcie. Ponieważ nasze wdrożenie miało kosztować sporo, to automatycznie musiałem podnieść wszelkiego rodzaju koszty ogólne i inne, bym w decydującym o potencjalnym sukcesie biznesu obszarze, było tyle pieniędzy z dotacji ile potrzebowałem. Cóż, budżet rozdymał się niczym pęcherz ryby nadmuchany pompką do roweru i sięgnął (śmiej się, śmiej, ale tak było i dziś mi nie jest do śmiechu) 377 773 zł netto (podobała mi się tal liczba, więc ją tak zostawiłem). W konsekwencji, dotację dostałem, a wraz z nią  dostałem wielkiego gremlina w komplecie. Tym gremlinem były absurdalnie wysokie koszty operacyjne, które oczywiście gwarantowały bankructwo, o czym przekonałem się rok później. 

By wydatkować środki zgodnie z harmonogramem wydawałem gdzie się dało i na co się dało czyli na to wszystko, co było w projekcie. Mieliśmy najpiękniejsze biuro w Toruniu za 3600 netto miesięcznie. Mieliśmy wygodne biurka, krzesła i regały zgodnie z opisem w projekcie. Mieliśmy rzutnik, komputery, ekrany i inne pierdoły, które obiektywnie biorąc były o kant tyłka rozbić, ale miały być, to były. A przychodów nie było, bo projekt jak się okazało w trakcie realizacji, bez istotnych korekt nie miał szansy być zrealizowany od strony technicznej. Korekt nie mogliśmy zaś zrobić, bo to co było w umowie, to było święte. I tak oto, wszelkiego rodzaju koszty ponoszone przez nas (koszty inwestycji oraz koszty operacyjne) stały się kulą u nogi tak ciężką, że nie podołaliśmy i dziś musimy oddawać dotację unijną. Cóż, tak bywa gdy na siłę mniejszy projekt chce się dostosować do wymagań innych osób czy instytucji.  

Co zatem sądzić o kosztach działalności operacyjnej? Kula u nogi każdego pewnie biznesu. Większości z nich, jeżeli zostały racjonalnie zaplanowane nie da się nie ponieść. Możesz nie płacić ZUS, to i tak Zakład wejdzie ci na rachunek bankowy i weźmie co jego. Możesz nie wysyłać materiałów reklamowych do klienta, ale wtedy nikt o tobie nie będzie wiedział. Możesz nie ponosić kosztów hostingu lub kupić tani i do niczego i wtedy oprogramowanie nie będzie działać zgodnie z potrzebami itd. Koszty operacyjne ponosi każdy i mogą być mikroskopijne ale są i trudno ich się pozbyć. Planując staraj się przyjąć w analizie, że w praktyce biznesowej koszty te wychodzą często nawet 2 razy wyższe niż wydaje ci się w oparciu o swój excelowy arkusz. Ja przynajmniej szacując rentowność przedsięwzięcia podwajam je w ostatnim kroku, bo wiem, że i tak nie jestem w stanie wyobrazić sobie wszystkich składników tych kosztów, mimo zdobytego doświadczenia. Ciągle wyskakuje coś nietypowego. Myślisz, np. że wrzucić w koszty całą fakturę za parking, a tu księgowość policzy ci tylko połowę, bo twoje auto wykorzystujesz również do celów prywatnych. Trudno przewidzieć te wszystkie okoliczności i nietypowe sytuacje, dlatego podwajam wartość kosztów. To zgrubne oszacowanie bardzo mi pomaga. 

Podsumowując, koszty operacyjne prowadzenia biznesu są i trzeba to uznać za pewnik. Ich eliminacja często jest trudna, bo w mikrobiznesie zwykle nie można bardziej ciąć kosztów; one zwykle i tak są najniższymi z możliwych. To nie korporacja, która może zdecydować, by menedżerowie latali klasą flex a nie business. W mikrobiznesie zwykle rozum decyduje o gotowości płacenia za dane usługi czy towary. Masz tu wielkie pole do popisu, więc pilnuj tych kosztów, bo to je będziesz odejmować od przychodu, by określić swój osobisty dochód do opodatkowania.   

Słowa kluczowe:, , , ,

Trackback z twojego serwisu.

Komentarze (1)

  • System ATS

    |

    Bez klientów, przeliczonych kosztów operacyjnych, oglądania każdej zł z każdej strony i wrodzonego „skąpstwa” nie da się rozkręcić start’upu

    Reply

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: