Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Coaching, a po co to komu?

Nie musisz szukać głęboko w naszym blogu, by znaleźć dosyć entuzjastyczne teksty moich Koleżanek poświęcone coachingowi. Na pierwszy rzut oka, to narzędzie doskonałe niczym piłka: nie dość że możesz ją kopać, bramki strzelać i dziecko po plaży gonić, to nawet zgodnie ze starym dowcipem o angliku możesz również użyć do cięcia metalu. Skoro tak pięknie, to dlaczego ta metoda tak dalece nie chce się mnie trzymać? Tego to już nie wiem, ale chętnie głośno pomyślę o coachingu z mojej perspektywy.

Kevin Hogan - 168-godzinny tydzień. Żyj w pełni 24/7

Kevin Hogan – 168-godzinny tydzień. Żyj w pełni 24/7

Zanim jednak skupię się na moich wątpliwościach wobec metody zacytuję krótki fragment z książki dra Kevina Hogana zatytułowanej 168-godzinny tydzień. Żyj w pełni 24/7 (One Press, 2010, ISBN 978-83-246-2648-9). Na stronie 32 pisze on: „Wyobraź sobie teraz, że prowadzisz sesję coachingową dla takiego właśnie chomika. Najważniejsze pytanie brzmi: „Jak wyciągniesz chomika z jego koła i skłonisz go do brania bogatej i satysfakcjonującej ścieżki życiowej?”. Chodzi  o coś, co będzie sprawiać mu przyjemność, pozwoli zaspokoić wszystkie potrzeby życiowe i jednocześnie spełnić jego marzenia … a najlepiej, gdyby codzienne życie przypominało najpiękniejszy sen. Czyż nie byłoby wspaniale? Możesz o tym zapomnieć. Żadne Twoje słowa nie skłonią chomika do opuszczenia koła.” Od siebie dodam, że z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, iż tym chomikiem jesteś zarówno Ty jak i ja!

Jeżeli dobrze zrozumiałem definicję coachingu podaną przez Dorotę mogę oczekiwać, iż ostatnim działaniem prowadzonym przez trenera rozwoju osobistego winny być jakiekolwiek sugestie kierowane w stronę coachanta sugerujące mu cokolwiek. Mogę oczywiście założyć na potrzeby dyskusji, iż dr Hogan nie zdobywał od wielu lat doświadczenia zarówno jako terapeuta jak i coach, ale czy w ten sposób metoda obroni się? Pewnie nie. Hogan nie pozostawia w tym krótkim fragmencie złudzeń: rola coacha nie sprowadza się li tylko do prowadzenia wozu. Odpowiada on za takie jego prowadzenie, które w konsekwencji prowadzi coachanta do celu. Ba, i to nie byle jakiego celu tylko takiego, które ma szansę przewartościować jego życie czy to prywatne czy to zawodowe! Czy zatem ma on prawo (obowiązek?) kierować otwarte pytania w stylu „i co dalej?” czy winien ograniczyć się do prostej parafrazy takiej jak „więc mówisz, że widziałeś wczoraj na polu brązową ropuchę płasko rozłożoną w dziobie bociana” licząc na kolejną falę wynurzeń coachanta. Czy nie trąca to wyciąganiem gotówki z kieszeni klienta, bo w końcu czym więcej on tych godzin kupi, tym lepiej na tym trener wyjdzie? Mnie oczywiście nie martwi to w najmniejszym stopniu, bo dzięki takiej postawie stać nas nie tylko na zapłacenie podatku ale i wyjście do restauracji natomiast nie dziwię się menedżerom w wielu firmach, którym faktury za coachingi kojarzą się z wydatkami z grupy „po co nam to było?”.

Abstrahując od wypowiedzi Kevina Hogana przeprowadziłem ze 3 tygodnie temu długą rozmowę z Dorotą podczas powrotu z Gdańska na ten sam temat czyli: dlaczego coaching do mnie nie trafia. Inspiracją oczywiście były wpisy w blogu Jej oraz Ireny Gagoś. Do czasu wnikliwego przeczytania tych tekstów nie potrafiłem powiedzieć, co mnie do coachingu zniechęca, ale niechęć ta manifestowała się na wielu płaszczyznach. Nieustannie coś we mnie mówiło: „trzymaj się od tego jak najdalej; coś w tym wszystkim nie gra.” Rozmowa z moją Połowicą (coachingowa?) pozwoliła mi jasno sformułować mój wewnętrzny zarzut: większość problemów, z którymi mam do czynienia na gruncie zawodowym zamyka  się w potrzebie rozwiązania takiego lub innego problemu technicznego lub organizacyjnego. Jeśli tak, to skoro przez cały dzień podchodzę do jakiegoś fragmentu algorytmu i za każdym razem ląduję w krzakach mimo stosowania różnych sztuczek programistycznych i przejrzenia tony zasobów w internecie, to znaczy nie znam odpowiedzi na to pytanie i choćbym był przez dobę męczony parafrazą nie jestem wyjść poza stan swojej niemocy. To nie jest oczywiście tylko problem techniczny – z takimi internet pomaga sobie poradzić – tylko twórczy, skojarzeniowy czy wręcz kognitywny, jeśli w tak szerokim znaczeniu można użyć tego określenia. Mówiąc wprost: coaching pomaga mi dreptać w miejscu, ale nie daje mi rozwiązania, bo woźnica tego dać nie może. Czy zatem mogę uogólnić wywód i powiedzieć: w pracy programisty coaching nie sprawdza się? Pewnie nie, ale postawienie tezy, że sprawdza się znacznie gorzej niż mentoring zdaje się być oczywiste.

Podsumowując: nie mam nic do coachingu oprócz tego, że nie wierzę, iż można go stosować do tej klasy problemów technicznych czy organizacyjnych, z którymi mam na  co dzień do czynienia. Ograniczenie to jest głęboko wpisane w metodę i uważam, że nie warto bić godzinami parafrazowanej piany tylko dlatego, że metoda jest modna niczym spowiednik w średniowieczu lub jak psychoterapeuta w filmach Woody Allen’a.

Słowa kluczowe:, , , , , , , ,

Trackback z twojego serwisu.

Komentarze (3)

  • HRWK

    |

    Krzysztof, Twoj wpis mozna podsumowac jednym slusznym wnioskiem: coachingu nie mozna stosowac do wszystkich problemow i sytuacji. Dobry coach to taki, ktory potrafi zauwazyc i przyznac, ze temat, z ktorym przychodzi klient nie nadaje sie do coachingu. Wowczas dobry coach odsyla klienta po mentoring, doradztwo, trening czy na terapie.

    Reply

  • O co chodzi z tymi celami? | abcdw.pl

    |

    […] który spędzisz z coachem to dwie do trzech godzin. Jeśli dojdziesz do innych wniosków niż Krzysztof i zdecydujesz się na wsparcie coacha, z pewnością proces określania celów pójdzie Ci […]

    Reply

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: