Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Mam marzenie… Marzę o domu na greckiej wyspie. Kreta?

KretaJeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że nie mam marzeń. Mam dobre życie. Życie i  praca są moją pasją. Czerpię radość z każdego dnia. Dziękuję za spotkanych ludzi, zdarzenia, dobre jedzenie, pogodę, udaną podróż, uśmiech, nocne szaleństwa kociaków, sms od przyjaciółki, mejl od uczestnika szkolenia, porywającą książkę, film, inspirujący artykuł, muzykę i zieloną herbatę. Każdego dnia dziękuję za coś innego i to samo.

Dziś dziękuję za książkę, po którą sięgnęłam o poranku. Postanowiłam spędzić ranne godziny na lekturze, uprawianej na ganku. Ta przeniosła mnie na Lesbos do wioski Sigri. Para autorów zamieszkała w niej, spełniając tym samym swoje marzenie. „Greckie pomidory czyli nowy dom na końcu drogi” Joanny Nicklasson – Młynarskiej i Mikaela Backmana przeniosły mnie tam, dokąd od dwóch lat tęsknię. Tęsknię tak, że kiedy zobaczyłam na wrocławskim rynku greckie dzieci wykonujące z przejęciem ludowy taniec, zalałam się łzami.

Czytając uświadomiłam sobie, że ja także mam to marzenie. Być może od pierwszego pobytu na Krecie. Jeszcze wtedy nieoswojonej i niezrozumiałej. Bardzo lubię wracać wspomnieniami do tego września 2005 roku.

To była nasza pierwsza grecka wyprawa. Polecieliśmy na Kretę z przyjaciółmi. Zaskakiwało nas wszystko. Było gorąco, słonecznie, dość szaro, wszędzie zwisały kable energetyczne i otaczały nas skały. Miało być inaczej! Słońce. Zieleń. Plaże. Piękne hotele…

Jak tylko dotarliśmy do Kato Gouves okazało się, że mamy zepsute drzwi do naszego pokoju. Nie zamykały się. Bardzo chcieliśmy wybrać się na wycieczkę, żeby zorientować się  okolicy. Zgłosiliśmy usterkę jedzącej obiad obsłudze i czekaliśmy z nadzieją na naprawę. Zniecierpliwieni wyglądaliśmy przez balkon na taras, gdzie przy suto zastawionych stołach biesiadowali właściciele i pracownicy hotelu. Mimo naszych stanowczych i oskarżycielskich spojrzeń, spokojnie sączyli wino i odpoczywali po posiłku patrząc w morze.

Po pół godzinie zjawił się uśmiechnięty mężczyzna z młotkiem. Stuknął dwa razy w futrynę w pobliżu zamka i zamknął je. Proszę!

Nawet nie zdążyliśmy strzelić focha, a już go nie było. Nie pozostało nam nic innego, jak narzekając, jak to Polacy, udać się na spacer. Okolica nas oczarowała. Piękne bielone kapliczki na brzegu morza. Niebieskie krzesła. Ciche chorały gregoriańskie sączące się z ukrytych głośników. Nadmorskie tawerny. Uśmiechnięci ludzie. Ach… Będąc pod wrażeniem, uznaliśmy, że incydent z drzwiami nic nie znaczył.

W czasie tego pobytu czuliśmy się jak na kolejce górskiej. Raz byliśmy oniemiali z oczarowania, raz traciliśmy rezon ze zdumienia lub oburzenia.

Na jednej z wycieczek do Rethymnonu głodni bardzo, postanowiliśmy  posilić w czarownej, ukrytej w starych uliczkach restauracji. Zacieniona, urokliwa, z dala od zgiełku. Usiedliśmy przy stoliku. Trzech konwersujących intensywnie kelnerów ledwo na nas zerknęło i wróciło do rozmowy. Zajęliśmy się więc podziwianiem wnętrza, wymianą opinii, oglądaniem zrobionych na wycieczce zdjęć, kręceniem się, pójściem do toalety, patrzeniem na kelnerów, patrzeniem znacząco na kelnerów, wgapianiem się w kelnerów, a następnie losowaniem, kto do nich podejdzie i zdyscyplinuje. Padło na Krzysztofa. Podszedł do kontuaru, wymienił kilka zdań z młodymi mężczyznami. Wrócił z informacją, że… to nie McDonald`s. Dziś mnie to bawi. Wówczas obraziliśmy się. W myśl przysłowia: jak Polak głodny to zły – wściekli udaliśmy się w poszukiwaniu szybkiej jadłodajni.

Znaleźliśmy. Piękne miejsce z widokiem na turkusowe morze. Zjedliśmy genialną sałatkę grecką, popiliśmy winem. (Pisząc to czuję ich smak i zapach, smak pomidorów z Krety, pachnących słońcem i wyspą i ciężką pracą. To pomidory wyrwane skale.) Zrelaksowani podeszliśmy do barierki okalającej taras, na którym jedliśmy i zobaczyliśmy podwórko wokół tawerny, na którym  leżały zardzewiałe pralki, rowery, lodówka, zderzak, stara kapliczka, dwa garnki, pobity pitos i biegał pies. Wszystko to stanowiło malownicze tło dla oszałamiającego morza z wynurzającymi się skałami w kształcie żółwia. Ten śmietnik tuż przy restauracji nikomu z tubylców nie przeszkadzał. Byliśmy zadziwieni.

Krzysztof leży na sąsiedniej sofie i czyta „Moralność mózgu”. Postanowił sprawić mi przyjemność i włączył, zupełnie przez przypadek płytę z grecką muzyką : ) Przypadek?

A ja wspominam dalej.

Podczas tego wyjazdu niemal nie straciliśmy bezcennej znajomości, kiedy podczas wycieczki samochodowej na jednej z krętych dróg, z urwiskami przy urwiskach Krzysztof w pewnym momencie zażyczył sobie – nie przebierając w słowach – zatrzymania samochodu. Wysiadł i poszedł w dal. Spotkaliśmy go po kilku godzinach wracając z plaż z palmami. Tyle emocji!

Od tego wyjazdu minęło wiele lat, wiele pobytów, wiele przygód i wiele spotkań. Tęsknimy do Katheriny, u której mieszkaliśmy w maju. Wstępujemy do niej zawsze, jak jesteśmy w pobliżu. Wracają do nas górskie wycieczki po wioseczkach, gdzie sklepikarz wybiegał szukać jakiegoś mieszkańca znającego kilka słów po angielsku, by wypić z nami kieliszeczek uzo albo samogonu, mówiąc: Yia mas; Cheers! Dzięki przybyłemu tłumaczowi, a za chwilę: na zdrowie! po polsku. Wracają kapliczki i klasztory wykute w skale. Pachnie chleb, pomidory, pomarańcze, ser. Widzimy ludzi pracujących w skwarze, biesiadujących głośno całymi rodzinami, siedzących nieruchomo w cieniu, uśmiechających się do obiektywu aparatu fotograficznego, pozujących do zdjęć wraz z nami, by potem zawołać o kilka euro. Wąskie uliczki, białe domy kobiety w czarnych sukienkach, mężczyźni siedzący na rozklekotanych krzesłach w pustych knajpkach i na chodnikach przy szklaneczce trunku. Niebo. Woda. Zapach ziół. Morze zieleni i kwiatów w maju. Jak bardzo tęsknię.

Marzę o domu na greckiej wyspie. Przez te kilka lat odnalazłam w sobie Greczynkę. Dotychczas wydawało mi się, że mnóstwo we mnie uporządkowanej, osaczonej regułami i harmonogramami Niemki czy Angielki. Dziś wiem, że umiem być Grekiem. Umiem usiąść w cieniu, i jak śpiewa Sikorowski w jednej z piosenek: jeść, pić i kochać… Chcę siedzieć w cieniu drzew, jeść soczyste pomarańcze, patrzeć w morze i … żyć. Dobrze żyć.

Mój grecki dom. Czeka na mnie, a ja go znajdę.

Kiedyś, za wiele, wiele lat będę pomarszczoną grecką staruszką, sprzedającą przy drodze wypieszczone słońcem owoce pędzącym gdzieś turystom.

P.S. Dodane przez Krzysztof Wiśniewski: Zdjęcie tymczasowe. Pochodzi z serwisu podroze.gazeta.pl. Po powrocie do domu (ten wpis osadzam w blogu siedząc w hotelu we Wrocławiu) zamienię na jedno z naszych zdjęć.

Słowa kluczowe:, , , ,

Trackback z twojego serwisu.

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: