Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Stawianie celów i planowanie to przeżytek? Post z krową w tle.

http://kisangyan.comJako przyjaciele słyniemy z tego, że nie zgadzamy się wielu kwestiach i tematach. Polemizujemy, dyskutujemy, rozmawiamy, złościmy się, frustrujemy, irytujemy, stresujemy by… na koniec dojść do konsensusu, kompromisu i optymalnego rozwiązania. Nie namawiamy siebie nawzajem na ostateczną zmianę zdania, naginanie swoich poglądów czy rezygnację z wewnętrznych wartości. Wręcz przeciwnie – uczymy się wspólnie naszej różnorodności, wyjątkowości i pracy zespołowej. Uczymy się, że 2 + 2 nie zawsze daje 4.

Niedawno zaczęliśmy Nowy Rok. Z miejsca portale internetowe zasypują nas postami, artykułami i poradami na temat tego, jak wyznaczyć sobie cele na najbliższe 365 dni i jak skutecznie realizować cele roczne. Możemy wybierać i przebierać wśród tłumu ekspertów piszących i mówiących o tym, jak optymalizować swoją pracę, jak oszczędzać czas, jak zwiększać swoje wyniki i tak dalej i tak dalej… ku chwale! Dorota z lubością i umiłowaniem namawia nas do czytania i pisania o planowaniu i właśnie z nią chcę polemizować w tym poście.

Moim zdaniem, podstawowy problem polega na tym, by mieć czas na czytanie tych wszystkich informacji, na refleksję, które wybrać i na wdrożenie najlepszych według nas rozwiązań. Tylko jak to robić?

Prosty przykład? Młoda mama z dwójką dzieci.

6:00 – 6:01 – Wstaje, kiedy tylko pociechy dają oznaki skończonego snu. Ogarnia, ile może, dopóki mąż czy partner jej nie wesprze. W końcu oboje muszą się wyszykować do pracy, a dzieci do żłobka, przedszkola czy szkoły.

6:02-7:15 Zadbanie o pociechy (śniadanie, mycie zębów, ubieranie, wybrzydzanie, przebieranie, marudzenie i grymaszenie)

7:16-7:20 Zadbanie o siebie (wrzucenie na grzbiet czegokolwiek, co zniesie firmowy dress code, przykrycie worków pod oczami ekspresową tapetą, krótkie marzenie o śniadaniu, które mogłoby być zjedzone w biurze, gdyby nie spotkanie o 8:00, itp.) i jednoczesne nawoływanie pociech do wyjścia

7:21-7:25 (optymistyczna wersja) Zapakowanie siebie i pociech do auta

7:25-7:50 Dostarczenie pociech do placówek publicznej bądź prywatnej opieki (w końcu to po drodze do biura mamy, dla taty większa logistyka)

7:51-8:00 (znów powiało optymizmem) dotarcie do biura

8:01-17:00 Wypełnianie obowiązków zawodowych tak, by  (pełnia szczęścia, jeśli znajdzie się czas na obiad, szczęście umiarkowane, gdy zdoła się wypić nadmiernie słodką kawę, by oszukać doskwierający głód)

17:01-18:30 Wyjście z biura, odbieranie dzieci, zrobienie zakupów, powrót do domu

18:31-20:00 Przygotowywanie obiadu na następny dzień, ogarnianie dziecięcych kłótni i rozterek, przygotowywanie i nawoływanie rodziny do kolacji

20:01-20:30 Rodzinna kolacja, czyli tata przed telewizorem, dzieci w swoich pokojach, a mama je w kuchni jednocześnie wstawiając naczynia do zmywarki i sprawdzając dzieciom pracę domową

20:31-22:00 Próby ogarnięcia domowego  chaosu przy jednoczesnym wmawianiu dzieciom, że są niezwykle zmęczone i zaganianie ich do łóżek

22:01 – do zaśnięcia (czyli maksymalnie jakaś godzina) Czas „dla siebie” (odbieranie telefonów od teściowej, szykowanie się do snu, a w najlepszym wypadku chwila na sięgnięcie po jakąś interesującą lekturę).

I tak co dnia.

90% obecnych w sieci ekspertów z upodobaniem i lubością doradza przedsiębiorcom, biznesmenom i korpoludom. Kto doradza matkom? Niewielu, jeśli w ogóle ktoś. Dlaczego? Może dlatego, że naprawdę zapracowani ludzie to bardzo trudny i wymagający odbiorca. Matki słyną z tego, że od urodzenia swoich dzieci stają się mistrzyniami w zarządzaniu sobą w czasie, zajmują pierwsze miejsca w konkursach na priorytetyzowanie zadań czy optymalizowanie pracy. A mimo to, tak trudno znaleźć im czas dla siebie i na własny rozwój.

Po co rozpisuję się więc nad tym wszystkim? Ano po to, by powiedzieć, że nie wierzę w cele same w sobie. Nie wierzę w stawianie celów dla samego ich stawiania. Takie podejście do życia rodzi tylko frustrację, złość i zbędny stres. We wciąż zmiennym otoczeniu, w jego nieprzewidywalności, trudno ustalić coś jeden raz na zawsze. Słuszne jest powiedzenie, że tylko krowa nie zmienia zdania. Jak więc bez boleści trzymać się tych celów przez cały rok?

Na szczęście, całkiem niedawno przekonałam się, że nie jestem osamotniona w moich poglądach. Ostatnio odkryłam cudowną stronę Danielle LaPorte. Ona już od dawna mówi, że dotychczasowe rozumienie celów przechodzi do przeszłości, a na pierwszy plan wysuwają się nasze uczucia i to, jak chcemy przejść przez życie. Z jakimi emocjami wewnątrz. Nie znam drugiej osoby, która z takim polotem i inspiracją mówiłaby o kluczowych wewnętrznych uczuciach, która głosiłaby ideę, że głównym i jedynym celem naszego życia jest czuć się dobrze. Dlatego oddam jej głos, polecając poniższe nagranie:

 

Słowa kluczowe:, , , , , ,

Trackback z twojego serwisu.

Komentarze (3)

  • Joanna Różańska

    |

    Generalnie zgadam się, znam z autopsji, choć inaczej. Np. jedzenie jest ważne, więc śniadanie jem, wspólnota ważna, więc kolacja gromadzi wszystkich przy stole w kuchni, bo to priorytet. I właśnie tu chyba tkwi diabeł – w szczegółach, które wybieramy, bo mamy wpływ.
    A po drugie – i tego nie rozumiem – co to znaczy: „(…) nie wierzę w cele same w sobie. Nie wierzę w stawianie celów dla samego ich stawiania.” Czy np.Covey sugeruje takie rozwiązania? Nie, to musi być jakiś skrót myślowy, proszę o wyjaśnienie.
    Swoją drogą osobiście wolę od celów intencję. Jest pełniejsza od celów, bo nie ogranicza. Albo inaczej: cele stosuję wtedy, gdy WIEM, czego chcę i znam metodę osiągnięcia celu. W sprawach bardziej ogólnych intencja działa bez mojej kontroli na zasadzie „proście, a będzie wam dane”, ale uwaga – „Ostrożnie z intencją! Poprowadzi cię prosto do celu drogami, którymi być może wcale nie chcesz iść.” Wiem, sama przeżyłam. Nie chciałam iść tamtymi drogami. Ale doszłam, cel osiągnęłam, polecam.

    A uczucia… feel good. Trawestując Osła: Byłoby łatwiej, gdybym znała angielski. Jeżeli chodzi o: „obojętnie, co robisz czuj się dobrze.”, to sie podpisuję obydwiema rękoma. Może zamieniłabym tylko „czuj się dobrze”, na „czuj wewnętrzny spokój”.

    PS. Zdjęcie też mi się podoba.

    Reply

    • Kasia

      |

      Joanna,
      dziękuję za Twój komentarz i przyczynek do dyskusji 🙂

      Pisząc „nie wierzę w cele same w sobie” miałam na myśli wszystkie te sytuacje, kiedy stawiamy cele, bo wypada, bo inni tak robią, bo trzeba, bo pracodawca tego wymaga, bo taki jest trend/moda, bo zaczął się początek roku, itp. Cóż po tym, że postawisz sobie za cel „w tym roku wygeneruję przychód wyższy od ubiegłorocznego o 20kPLN”, jeśli nie zastanowisz się głębiej PO CO? Uważam, że kluczową rzeczą w życiu jest mieć misję. Misję, która mówi nam, czego chcemy od życia i dla życia. Jeśli działamy zgodnie z naszą misją to czujemy wewnętrzny spokój i spełnienie, wewnętrzną harmonię. I wtedy nie są potrzebne żadne cele. Wtedy celem samym w sobie staje się życie w zgodzie z misją i jeśli zbaczamy z drogi do tego celu, po prostu to czujemy. W takim podejściu, stawianie celów nie jest potrzebne. Każdego dnia wybierasz drogi, które prowadzą Cię do realizacji misji.

      Pozdrawiam
      Kasia

      Reply

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: