Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Straty to strasznie nieprzyjemna rzecz

Analiza techniczna dla bystrzaków Doświadczeni traderzy codziennie rano zdają sobie pytanie: „Ile dziś stracę?”. Zawsze spodziewają się jakichś strat. Dla kontrastu warto wspomnieć o początkujących, dla których każda strata jest gorzką pigułką do przełknięcia. Mimo to, jeśli nie kontrolujesz swoich strat, pytanie nie brzmi „czy będziesz spłukany?”, lecz „kiedy to nastąpi?” (te pytania pojawiły się na pierwszej stronie jednej z książek sławnego gracza giełdowego W.D. Ganna). (…)

Każdy wielki gracz giełdowy przyznaje, że ponosił większe straty, niż pierwotnie zakładał. Wielu wypadało z interesu, a następnie powracało zasadniczy z tymi samymi wskaźnikami – zasady gry przy posługiwaniu się nimi były już jednak ulepszone. I rzeczywiście, wielu indywidualnych inwestorów twierdzi, że najlepszym czasem na powierzenie swoich pieniędzy maklerowi jest okres zaraz po poniesieniu przez niego ciężkiej straty. Wówczas, nauczony doświadczeniem, jest on już lepszym traderem. Zauważ, że inwestorzy ci nie przewidują, że makler ten będzie lepiej interpretował wskaźniki, ale że będzie lepszym graczem.

Źródło: Barbara Rockefeller, Analiza techniczna dla bystrzaków, Wydawnictwo Helion, 2012,  s. 104


Choć robię wiele, co w mej mocy, by nigdy nikt nie potraktował moich uwag jako rad dla siebie, to zdaję sobie sprawę z faktu, że niektóre z wypowiedzi mogą być tak postrzegane. Jedną z nich jest z pewnością uwaga: kontrola kosztów i strat to być albo nie być zarówno dla startupu jak i dla dużej firmy. Podsumowanie tego punktu widzenia zrobione przez W.D. Ganna dla inwestycji giełdowych leży w całkowitej zgodzie z moją tezą.

Pozostawiając nieco na uboczu handel na rynku papierów wartościowych skupię się na kontroli kosztów w rozkręcanym biznesie. Historia, do której chciałbym się odwołać miała miejsce jakieś 3 lata temu. Wraz z moją Przyjaciółką założyliśmy spółkę, której celem było prowadzenie działalności doradczej z zakresu pozyskiwania funduszy unijnych. Rynek czekał na te usługi, doświadczenie sprzedażowe mieliśmy, więc przyszłość wydawała się usłana różami. Wraz z dwoma firmami, w których mieliśmy powiązania osobowe wynajęliśmy piękne biuro z łatwym dojazdem i przyzwoitym parkingiem pod budynkiem, z cudnym widokiem na zakole Wisły. No żyć po prostu i nie umierać. Świat za parę tygodni miał leżeć pod naszymi stopami.

Pomijając zdarzenie losowe, które całkowicie zmieniło nam bieg historii i skłoniło nas do natychmiastowego zamknięcia spółki i zajęcia się sprawami osobistymi, to i tak z perspektywy czasu widzę, że biznes był  skazany na porażkę, ze względu na całkowitą moja nonszalancję w zakresie kontroli kosztów. Wynajęcie biura, które o kilkaset długości wyprzedzało nasze bieżące potrzeby, skupienie się na budowaniu wizerunku, realizacja zakupów, które miały uczynić nasze miejsce pracy przyjemnym i niekoniecznie dochodowym, prędzej czy później zmusiłoby nas albo do wprowadzenia radykalnego planu oszczędzania, albo wręcz do upadku biznesu. Dobrze, że stało się to tak wcześnie, a nie później, bo nie wiem jak długo byśmy wychodzili z długów. Bogu dzięki, że mimo wszystko udało nam się zachować przyjaźń i wzajemny szacunek dla siebie. I tak spłata zadłużenia za lokal trwała jeszcze przez parę miesięcy bez ścigania nas przez firmy windykacyjne. Dzięki Ania za wyrozumiałość i cierpliwość w oczekiwaniu  na przelew.

Dwie pozostałe firmy zostały przeniesione do wyremontowanego pomieszczenia w naszym domu i działają do dziś, choć nietrafiona inwestycja fatalnie odbiła się na ich kondycji finansowej. Skutki są nadal widoczne.

Oceniając dziś, z perspektywy czasu przyczyny tamtej równi pochyłej do porażki z pewnością mogę wymienić jeden, najważniejszy powód: brak precyzyjnie określonego modelu biznesowego i w konsekwencji brak szacunku dla inwestowanych środków. Mieliśmy świetną propozycję wartości (usługi doradcze IT dla dużej grupy startupów), mieliśmy element nieuczciwej przewagi w postaci mojego bardzo dużego doświadczenia w analizie modeli biznesowych (szewc bez butów chodził) i dar zjednywania sobie klientów. Czego więcej trzeba do sukcesu? To proste. O ile bez problemów byliśmy w stanie realizować usługi i je sprzedawać, to fakt, że koszty naszej działalności dwukrotnie przewyższały sumę przychodu, a zapasy gotówki i inne źródła finansowania pomysłu biznesowego topniały w zastraszającym tempie, to droga do porażki była oczywista. Nietrudno było nam sobie w końcu zadać pytanie: „to, że przegramy, nie ulega wątpliwości. Pytanie brzmi kiedy?” Gdyby nie zdarzenie losowe zapewne byśmy wiele zrobili, by ratować biznes przez radykalne ścięcie kosztów, skupienie uwagi na pozyskaniu nowych klientów, jeszcze lepszym dostosowaniu oferty do potrzeb grup docelowych i bardziej aktywnego marketingu. Nie wiem czy to by nam bardzo pomogło, nie zamierzam gdybać i wymyślać, co by było gdyby los potoczył się inaczej. Może upadek byłby bardziej bolesny? Może sukces by nas rozleniwił? Nie mam zielonego pojęcia i nie zamierzam nad tym rozmyślać.

Nauczyłem się za to ważnej rzeczy: nie sztuka jest uczyć innych tworzenia i stosowania w praktyce modeli biznesowych; trzeba to również stosować osobiście. Doradztwo biznesowe nie jest powtarzaniem reguł z książek; to w dużej mierze dzielenie się zdobytym doświadczeniem, nawet jeśli nie można go opisać złotymi zgłoskami w księdze pamiątkowej.

Słowa kluczowe:, ,

Trackback z twojego serwisu.

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: