Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Wartość dodana „ja”. Darmówka? Czemu nie!

Krzysztof Wiśniewski. Wartość dodana JAPrzejdź do opisu zawartości: Wartość dodana Ja

Wystarczy bym sięgnął pamięcią choćby do wczorajszego dnia i natychmiast przychodzi mi do głowy co najmniej kilka przykładów, w których czy tego chciałem czy też nie szybko włączył mi się w głowie mechanizm szacowania zysków i strat. Co ciekawe, praktycznie nigdy nie pamiętam tych, które dotyczyły wartości niematerialnych zaś z tymi materialnymi nie mam kłopotu. Sądzę, że najlepsze wyjaśnienie tego zjawiska przedstawił Daniel Kahnemann wraz z … Twerskim[1], co docenił komitet noblowski przyznając pierwszemu z autorów Nagrodę Nobla (drugi już wtedy nie żył, więc nie mógł jej odebrać). Wskazali oni, że dużo strata nas boli zdecydowanie bardziej niż zysk, więc w wielu życiowych sytuacjach kierujemy się tym, by unikać straty. Nie brzmi to oczywiście zbyt optymistycznie, bo pokazuje iż statystycznie bywamy oportunistyczni wobec obiektywnie korzystnych sytuacji, ale cóż przyjmuję do wiadomości, że tak mnie ukształtowała ewolucja i nie warto z tym specjalnie walczyć. W sytuacjach o silnym podłożu emocjonalnym a takim właśnie jest jakakolwiek wymiana dóbr, moja kora mózgowa jest ostatnia w kolejności przy podejmowani decyzji. Dobrze o tym wiedzą spece od wszelkiego rodzaju marketingu.

Kawa za darmo? No dobrze mogę sprawdzić czy mi smakuje.

Idę sobie spokojnym krokiem wzdłuż półek w hipermarkecie. Podchodzi do mnie zgrabna panna częstokroć przebrana w kolory marki i powiada:

– Czy nie spróbował by Pan naszej kawy?

Cóż, wbrew pozorom wybór mam bardzo trudny, bo:

  1. Przesadzam z ilością wypijanej dziennie kawy. Rano budzę się: espresso. Siadam do śniadania – kawa wskazana. Zaczynam pracę – no jak zacząć bez łyka większej czarnej i tak do wieczora. Ręce mi się trzęsą, bo jak sądzę przepłukałem swój organizm z ostatnich resztek magnezu (jak to dobrze, że tyle fabryk na świecie produkuje czekolady), serce mi palpituje, bo ciśnienie sięga poziomu ciśnienia w dętkach rowerowych, pod czaszką pulsuje mi krew, a ja nadal nie mam potrzeby uwolnienia się od tej używki. Może to się zmieni, gdy przeczytam swoją książkę? Pożyjemy, zobaczymy.
  2. Ktoś mi podkłada pod nos niezwykle pachnący napój! No i jak ja mam przejść obojętnie. Przecież aromat rozpływa się w przestrzeni 100 metrów kwadratowych, a ja choć podobno mam węch z osiem razy słabszy od mojego psa, to i tak nie potrafię przejść obojętnie obok tak silnego bodźca. Przy okazji, dlaczego psy nie uzależniają się od aromatu kawy?
  3. Otrzymuję najcudowniejszą rzecz na świecie czyli coś za darmo. Od tak, z „czystego serca” mistrza marketingu. Zrezygnować z empatii skierowanej w moją stronę? Nie mogę, nie mogę tego zrobić. Muszę pomóc ludziom w realizacji ich planów podzielenia się z całą ludzkością szczęściem w opakowaniach z ich logo.
  4. Panienka jest zgrabna i ma kusą spódniczkę (dobrze, że się nie schyla, bo jeszcze zawał serca by mnie rzucił na podłogę). A przecież jeżeli ktoś ma takie nogi, to musi być dobry, czuły, zorientowany na to, by dać ludzkości czyli przy okazji mi, radość, miłość, szczęście itd. Odmowa jej byłaby ciężkim afrontem, a przecież nie chcę jej urazić. Tym razem poświęcę się i zrobię to, oczywiście, dla niej i jej sukcesu. Trzeba kobiecie pomóc w pracy. Prawda?

I tak oto po szybkim oszacowaniu za i przeciw – ostatni punkt jak widać jest 100 razy ważniejszy niż pozostałe – oczywiście korzystam z kawy udając, że się spieszę i tak w locie, od niechcenia, łaskawie mogę wypróbować.

Metro przez szybę samochodu. Dobra, biorę, dzięki.

Jadę sobie spokojnie po Warszawie (jadąc po moim Toruniu napisałbym, że biorę Teraz Toruń), ale Metro jest bardziej znane na świecie, więc gdy już moja książka będzie tłumaczona na angielski, bo bez tego jej triumf na Wyspach i za wielką wodą nie będzie możliwy, tłumacz będzie miał prostszą robotę. Zatrzymuję się na światłach i udaję, że bardzo jestem skupiony na przechodniach drepczących po chodniku. Przecież nie mogę pokazać, że zależy mi na tym, by koleś stojący na pasie zieleni między jezdniami tak od razu zauważył, że chcę od niego prezent w postaci darmowej gazety. Nad logiką mego zachowania nie będę tu się rozczulał, bo kierując się nią nie tylko bym nie wziął gazety ale jeszcze chłopa pogonił, bo stanowi zagrożenie na drodze odwracając uwagę kierowców i pakując się co chwila prosto pod koła. Ale „darmówka”? Jak mam nie wziąć czegoś, co mi się przecież opłaca! Co z tego, że wrzucę ją do kosza gdy będę sprzątał samochód czyli za jakieś pół roku. Jak widać, wystarczy dawać te gazetki ludziom w zachlapanych błotem autach, by mieć pewność, że przez najbliższe pół roku wydawnictwo będzie przerzucane pomiędzy siedzeniami w aucie. A nóż ktoś tam przy okazji przejrzy reklamy. Jak widać, Metro ma głęboki sens!

Jak kupię jedną butelkę coli, to drugą dostanę gratis przy kasie?

Ile coli jestem w stanie wypić w ciągu roku? Pamiętając o tym, że zwykle wypijam około szklanki na tydzień lub mniej, to w ciągu roku będzie tego około 50 szklanek. Na litr wchodzą cztery, więc szybko szacuję i wychodzi mi, że rocznie poradzę sobie z około 12 litrów. I tu zaczyna się ciekawa opowieść o tym jak przebiegły bywam na stacji paliw. Załóżmy, że żona prosi mnie bym płacąc za paliwo wziął jej coś zimnego do picia. Wchodzę do budynku stacji i już przy drzwiach widzę wielką stertę butelek coli w rozmiarze 2.5 litra każda i z napisem, którego choćbym chciał nie zauważyć to potykając się o niego muszę go dostrzec: „Super promocja. Spraw radość swojemu dentyście! Daj szansę sprawdzenia się Twemu dietetykowi! KUP 1 COLĘ A DRUGĄ DOSTANIESZ GRATIS”. Jak podejrzewam nie jestem jedynym, który po spotkaniu czegoś takiego czuje jak wstępuje w niego nowe życie. „GRATIS” zdaje się krzyczeć z każdego rogu pomieszczenia i nawet płatność za 50 litrów paliwa nie stanowi już takiej przykrości. Podchodzę do lady z butelką coli pod pachą.

– Chciałbym zapłacić za paliwo. Tu mam NIP do faktury. Chcę kupic też colę. Druga gratis, oczywiście?

– Tak, proszę oto druga dla Pana. Lepiej od razu wypić całe pięć litrów, bo dzięki temu Pana świat stanie wszystkimi kolorami tęczy, a do następnej stacji przy drodze z porządnymi toaletami jest tylko 999 metrów, więc wszystkie pana potrzeby wspólnie możemy zrealizować.

Szybki rachunek w głowie (w końcu homo economicus ze mnie): cola na stacji paliw kosztuje tylko 11,99 a otrzymam dwie. Czyli wychodzi mi po 6 zł za litr, a za taką samą w hipermarkecie pewnie zapłacą (i tu sobie odruchowo wymyślam, by mi pasowało do argumentacji) jakieś 8 zł. Czyli za dwie 16 złotych. To świetny interes. Wychodzę więc z colą ze stacji. Żona w aucie wypija ze dwa łyki, a ja mam napój na najbliższe pół roku. Po otwarciu gaz ucieka i za parę dni wyrzucam prawie pełne butelki do śmieci. Nie ma to jak załapać się na doskonała promocję.

Jeśli zatankuję 30 litrów, to resorówka gratis? Dobrze, niech pan leje do pełna.

Trzymając się dalej wątku stacji benzynowych załóżmy, iż po dwóch stronach drogi stoją sobie spokojnie obok siebie dwie podobnej klasy stacje benzynowe. Załóżmy, że mam w zwyczaju kupować paliwo i na jednej i na drugiej. Z daleka widzę dwa napisy:

  1. 5.77 za litr 98, a na drugiej: 5,88 za litr.
  2. Obok napisu z ceną na drugiej stacji widzę wielki kolorowy billboard z namalowanym Audi R8 czyli wymarzonym autkiem mojego syna w skali 1:47 i napisem: kup 50 litrów paliwa, a ten model będzie Twój. Nie czekaj. Promocja ważna do wyczerpania zabawek.

Być może drogi Czytelniku, że ty byś miał wątpliwości, ale ja nie mam żadnych. Podjeżdżam na drugą ze stacji. Z trudem nalewam 50 litrów paliwa, bo nie chce się więcej zmieścić i biegnę na stację. Płacę i dostaję wymarzoną zabawkę. Zrobiłem boski interes. Jednak jak mężczyzna pomyśli, to sukces za sukcesem! A przy najbliższych zakupach widzę w markecie przy kasie identyczny samochodzik za 2,99. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Co z tego, że za mój, w praktyce zapłaciłem 5,5 złotego. Przecież dzięki gratisowi zaoszczędziłem 2,99 złotego!

Cztery pięćdziesiąt za kilogram jabłek? Chyba ze złota. Po trzy złote wezmę pięć kilo.

Lubię jabłka i umiem liczyć. Przy takich warunkach z pewnością zrobię genialny interes. Idę na rynek i widzę dość ładne jabłka, choć widać iż leżą w skrzynce i nie są poukładane w indywidualne przegródki. Cena, którą odbieram jako wziętą z sufitu: cztery i pół złotego za kilogram. Rozumiem dwa pięćdziesiąt. Ale tyle? Może są pozłacane? Albo po ich spożyciu rosną włosy w miejscach na głowie, gdzie już się mi wytarły? Skoro sprzedawca tyle żąda, to musi być w nich coś wyjątkowego. Ale sprzedawca nie wie, na jakiego genialnego negocjatora trafił. To nie może być jego dobry dzień.

– Po ile te poobijane jabłka?

– Nie są poobijane.

– A po ile?

– Przecież widać: 4.5 za kilogram.

-Drogo. Mam też tańsze. Poobijane po złoty pięćdziesiąt.

– A dlaczego one takie drogie. Ze złota?.

– Nie z polskiego sadu od polskiego sadownika. Chce pan kupić tanie, to tu mam Chińskie.

Widzę, że nie przelewki. Ciężko będzie dalej negocjować.

– A pamięta mnie Pan? W zeszłym tygodniu kupiłem aż dwa kilo cebuli i 4 kilo kartofli. Stałego klienta chce pan naciągnąć na cenę?

– Nie pamiętam, ale kupuje Pan czy nie, bo kolejka się ustawia.

– A gdy Pan mi je sprzedał po trzy złote, to wziął bym 5 kilo.

– Przy pięciu kilogramach mogę zejść z ceny o 10 groszy. Bierze Pan wreszcie czy nie.

– No dobra, niech będzie 5 kilogramów po 4.4. Mam nadzieję, że warte swojej ceny.

Kupiłem. W budce w głębi rynku te same jabłka były po 2,99. I jeszcze musiałem je nosić tam i z powrotem. Ale w końcu utargowałem czy nie? Trzeba umieć walczyć o swoje.

Dziś w kumulacji „totka” 30 mln. Jak wygram, to kupię sobie …

Dziś kumulacja w toto-lotku. Do wygrania trzydzieści milionów złotych minus podatek (fiskus jak złodziej, jak może mnie w biały dzień okradać biorąc 10% z mojej własności; no dobrze, wkrótce mojej). Czuję że wygram. A jak wygram trzydzieści dużych baniek to kupię sobie: dom, dozgonną miłość otoczenia, brykę taką, że będę bał się jechać na zakupy by mi jej nie ukradli, płot wokół domu wysoki na 5 metrów, wczasy na Balearach i jeszcze parę drobnych rzeczy. 10% oddam na Owsiaka, a resztę dam dziecku. Albo nie, dam mu połowę z tego co zostanie, a drugą połowę zainwestuję na giełdzie. Albo nie na giełdzie, bo jak by spadło, to byłbym stratny. Jednak może kupię jeszcze mieszkania na wynajem. To z pewnością da mi stały zysk i dobrą lokatę kapitału na lata.

– Poproszę dwa kupony marzeń na najbliższą kumulację. Czuję, że wygram.

– O widzę, że czuje Pan, że chce wygrać moje trzydzieści milionów. Dobrze, sprzedam Panu kupon, ale trudno mi oddać tak po prostu moją wygraną. Mam nadzieję, że to nie Panu powiedzie się.

Wyszedłem z dwoma kuponami. I tak drapię się w głowę myśląc nad właśnie poczynioną inwestycją. Skoro mam wygrać, a mam przez założenie, to po co mi aż dwa kupony. Przecież skoro mam szczęście i mam wygrać, to wystarczy przecież jeden. Chyba przesadziłem z inwestycją. Jak będę grać o następne 30, to kupię tylko jeden. Przecież dwóch nie opłaca się jak widać.

Bez radia CB nie jeżdżę. Za duże ryzyko.

Historia z mojego życia. Wydarzyło się to w grudniu 2010 roku. Widząc jak gwałtownie rośnie liczba pokonywanych przeze mnie kilometrów w drodze i jak spadają dochody Państwa, a tym samym rośnie jego aktywność w poszukiwaniu funduszy gdzie to tylko możliwe uznałem, że nie mam powodu, by dłużej ryzykować i postanowiłem kupić radio CB do auta. Wprawdzie jeżdżę dosyć ostrożnie i w całej swej historii kierowania pojazdem zapłaciłem za przekroczenia prędkości nie więcej jak 200 złotych, ale ryzyko jest ryzykiem i nie mam powodu wystawiać się na dobra i złą wolę służb. Jak postanowiłem tak zrobiłem. W warsztacie z CB nabyłem radio, co kosztowało mnie 500 złotych i do tego antena z instalacją i strojeniem za 130. Zdaniem obsługi, dokonałem idealnego wyboru, bo teraz mam pewny i bezawaryjny sprzęt na lata. Inwestycja zwróci się w tydzień. Teraz mogę jeździć jak prawdziwy kierowca.

Miesiąc później jechałem po żonę na dworzec kolejowy. Wracała, jak często to robi, pociągiem z drugiego końca Polski ze szkolenia, które prowadziła. Ruszyłem raźnie i gdy mijałem tablicę terenu zabudowanego w mojej wsi (mieszkamy kilometr za granicami terenu zabudowanego) zobaczyłem policjanta z osprzętem, który radośnie wskazuje mi miejsce na poboczu. No cóż, CB jeszcze nie zdążyłem włączyć.

Werdykt oceny prędkości z jaką poruszałem się nie brzmiał optymistycznie: 67 km/h w terenie zabudowanym, co należy tłumaczyć na język polski jako: „stówka i cztery punkty”. Nawet się nie buntowałem. Tylko żona do dziś się śmieje, że mam dar robienia dobrych inwestycji w środki zabezpieczające. Nie bardzo wiem, co jej w takiej sytuacji odpowiedzieć, bo przecież przemyślałem wcześniej tę inwestycję i uznałem ją za dobrą. Dziś, z perspektywy paru lat mogę powiedzieć, iż radio to do tej pory przydało mi się dwa czy trzy razy, gdy szukałem objazdów zakorkowanych dróg. Jeszcze parę lat minie, gdy uznam je za spłacone. Nie ma to jak myśleć kategoriami ekonomii.

Trzeba płacić? To strona www nie dla mnie.

Chłopaki nie płacą! Tak przynajmniej myślę. Historia ta wydarzyła się przed paroma dniami. Od jakiegoś czasu gazeta.pl czyli pewnie Agora wprowadziła opłaty za korzystanie z niektórych swoich zasobów. Z grubsza model biznesowy polega na tym, że mogę obejrzeć część publikacji bez ponoszenia opłat zaś po przekroczeniu limitu otwartych tekstów tak łatwo już nie jest. Trzeba coś kliknąć i zapłacić (według reklamy już od 99 groszy), bo bez tego nie przeczytam. Nie wiem czy ta cena jest wysoka czy niska, bo nie mam porównania z innymi serwisami, więc nie mogę się wypowiadać na ten temat.

I jaki jest tego skutek? Opłakany dla dostawcy treści.

  1. Internet znam od pierwszych jego dni na naszych ziemiach. Jeszcze mojego dziecka nie było na świecie, a dziś już studiuje, gdy z pomocą Mosaica pracującego na stacjach roboczych SUN oglądałem zasoby internetu. W tych czasach właściwie wszelkie treści dało się zindeksować w paru katalogach. Na dobrą sprawę wyszukiwarki nie były potrzebne i ostatecznie yahoo.com wystarczyło. Od zawsze, wszystko to czego potrzebowałem było darmowe. I niech tak zostanie!
  2. Agora, jak sądzę, stoi na stanowisku, że po pierwsze biznes musi zarabiać, a po drugie sprzedaż może dotyczyć treści w witrynach internetowych. I wcale jej nie zabraniam tak myśleć. Tak się jednak szczęśliwie składa, iż w ich serwisie czytałem głównie komentarze do bieżących wydarzeń. I tu zła wiadomość dla właściciela portalu. W tym obszarze, treści które mi dostarczali dostępne są w alternatywnych serwisach. Pech, żądać pieniędzy za coś, co inni dają bez opłat.
  3. Mam dystans do tych wszystkich organizacji, które oczekują ode mnie „uczciwości” i rewanżowania się czymś za coś. Przykładem jest serwis agregujący treści biznesowe z różnych źródeł działający pod domeną: biznesradar.pl. Mam włączone wszelkiej maści blokady reklam, bo nie przepadam za wyskakującymi oknami. Za każdym razem gdy wchodzę na ich stronę widzę napis odwołujący się do moich uczuć wyższych, który w skrócie nawołuje mnie do wyłączenia blokerów, bo oni utrzymują się z wyświetlania reklam. Otóż drodzy Państwo, nie wyłączę ich mimo waszych gorących próśb, bo wiem iż biznes nie znosi próżni i jeśli Wy padniecie z powodu braku przychodu, to wasze miejsce zajmie następny podmiot z większym budżetem, który da mi dokładnie to samo dalej bez opłat. Nie opłaca mi się więc angażować finansowo tak długo jak długo będą darmowe alternatywy.

Słowa kluczowe:, , , , , , ,

Trackback z twojego serwisu.

Komentarze (2)

  • Mariusz Michałek

    |

    Tak się zastanawiam, gdybyśmy zachowywali się zgodnie z założeniem, że robimy tylko to co jest dla nas obiektywnie korzystne – zwłaszcza w relacja z ludźmi (gdybyśmy byli w stanie to zdefiniować ;-)), to finalnie straty (ostracyzm ze strony środowiska – innych ludzi wokół nas, niechęć, zawiść (taka polska) itp. nie przyniosły by nam obiektywnie większych strat ? – zastanawiam się…. Oczywiście dotyczy to relacji z ludźmi a nie korporacjami.

    Reply

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: