Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Wartość dodana „ja”. O czym jest ta książka?

Krzysztof Wiśniewski. Wartość dodana JANajbardziej wstępna wersja pierwszego rozdziału, w którym mówię, o czym będzie książka. Takie streszczenie wszystkiego po trochu. Oceńcie proszę, czy to trzyma się „kupy”. Na poprawki wszelkie przyjdzie czas później. Teraz chcę zamknąć całość książki w swobodnym toku myśli. Stąd dość prosty język.

Przejdź do opisu zawartości: Wartość dodana Ja

Zamiast atrakcyjnego motto

Biorąc do ręki dowolną książkę, w szczególności książki z zakresu automotywacji lub też planowania realizacji zadań, praktycznie zawsze trafiam na niezwykły cytat wypowiedzi znanej postaci. Nie ukrywam, choć czytam książki praktycznie codziennie,  nie mam takiego daru znajdowania atrakcyjnych wypowiedzi. Zaczynając coś mówić, zdarza mi się za to przypomnieć sobie jakąś wesołą historyjkę, która pasuje do treści. Wprawdzie nie jestem mistrzem opowiadania dowcipów, ale zobaczmy czy mi się to uda tutaj napisać.

Pewną parafią zarządzał proboszcz znany ze swego braku umiaru w wołaniu parafian o wsparcie. Przyszło bardzo gorące lato. Deszcz symbolicznie pojawił się w maju, trochę w czerwcu, a w lipcu nawet nie pokropiło. Grupa rolników wybrała się na plebanię z prośbą.

– Księże proboszczu. Susza nam grozi. Zrobiliśmy składkę i chcielibyśmy zamówić mszę za deszcz.

Proboszcz ze zrozumieniem pokiwał głową, przytaknął, wyciągnął rękę po kopertę, zajrzał do niej i powiedział:

– Parafianie, ale za tyle, to się nawet nie zachmurzy!

Potraktuj tę dowcip jako wstęp do książki o tym, co zrobić, by nam się chciało i na dodatek opłaciło.

Sięgnij pamięcią

Zanim zaczniesz czytać dalszą część tekstu, oderwij na chwilę wzrok od książki i spróbuj przypomnieć sobie: czy zdarzyło ci się kiedyś pomyśleć: „nie robić tego, to mi się nie opłaca” lub „szefie, głupka znalazłeś? Za darmo to nawet palcem nie kiwnę”. Gdy rozmawiam z przyjaciółmi czy znajomymi o bieżących sprawach, które dotyczą praktycznie każdego z nas trudno mi jest nie dostrzec podobnie brzmiącej uwagi. Co ciekawe, o ile znacząca większość z nich dotyczy spraw materialnych, to często też trafiam na takie, które zdecydowanie odnoszą się do wartości niematerialnych. Choćby kilka dni temu, zapytałem mojego syna – studenta II roku –, jaką taktykę zamierza przyjąć w najbliższym semestrze. Odpowiedział:

– WF i (tu niestety nie pamiętam nazwy ćwiczeń) odpadają bo są na zaliczenie. Nie opłaca mi się angażować. „Zalka” i po problemie.

Sam wielokrotnie wchodząc do banku, w którym mamy konto (oto cena trzymania pieniędzy w dużym banku detalicznym) mówiłem do żony:

– Chodź, idziemy stąd. Nie opłaca się tyle czekać w kolejce. Przyjdziemy kiedy indziej.

Dygresja. podpowiedź dla speców od marketingu: nie zawsze przychodziliśmy później. Jeśli nie dało się sprawy załatwić przez internet, to wracaliśmy, ale w ogólnym rozrachunku szansa wciśnięcia nam nowego kredytu przechodziła sprzedawcom koło nosa.

Z drugiej strony, wraz z tysiącami katolików w całej Polsce, każdej niedzieli idę do kościoła na mszę, bo choć obietnica dotyczy nagrody niezwykle odległej, to opłaca mi się inwestować swoje zaangażowanie i wiarę. Jestem przekonany, że postępuję słusznie i staram się wytrwale wywiązywać z obowiązku. Z podobną, trudną do wyjaśnienia nagrodą mam do czynienia gdy angażuję się w akcje charytatywne. Nie wiem dlaczego to robię, ot tak, chcę pomóc innym ludziom. Zwykle wrzucam parę złotych do puszek wolontariuszy czy to na ulicy, czy to w markecie gdy pomagają mi przy kasie zapakować do toreb zakupy. Nawet nie myślę  wówczas o nagrodzie, choć zdaję sobie sprawę z faktu istnienia gdzieś głęboko pod resztkami włosów myśli: skoro ja dziś pomogłem, to może kiedyś ktoś mi pomoże. Zatem, nawet starając się być skończenie bezinteresownym, trudno mi uwolnić się całkowicie od myśli o zysku i stracie. Tak na marginesie, bardzo ciekawie ten wątek został rozwinięty przez Jasona Zweiga[1] (uzupełnić) oraz przez Roberta Cialdiniego[2], który nazwał takie zachowanie zasadą wzajemności.

Gdy myślisz o tym, że coś ci się opłaca lub też nie opłaca, czy myślisz może o tym jakich kryteriów oceny użyłeś, by podjąć decyzję. Rozumiem, że w przypadku wartości materialnych sprawa jest banalnie prosta. Wystarczy oszacować z jakiego rodzaju przychodem mogę się liczyć, odjąć od tej wartość ewentualne koszty i otrzymany wynik jest albo dodani (super, zarobię na tym) albo ujemny (nie warto brać się za tę pracę). Może oczywiście się okazać, iż rezultat był dodani, ale po podzieleniu zysku z wykonanej pracy przez nakład czasu, który trzeba poświęcić na jej wykonanie interes wyda nam się mało atrakcyjny. Przykład: proszę bardzo. Uwielbiam spacery po lesie i zbieranie grzybów, gdy akurat jest czas ich dojrzewania. Z radością schylam się co jakiś czas i potem mam robotę przy ich czyszczeniu przed zagotowaniem. Z punktu widzenia przychodu – czysty zysk! Mam w koszyku kilka kilogramów dorodnych podgrzybków stanowiących jakąś wartość ekonomiczną. Ale gdy uwzględnię, że biegałem po lesie szukając ich przez godzinę czy dwie, to stawka godzinowa czyni tę pracę wybitnie nie wartą wykonania, chyba że … istnieją czynniki pozamaterialne, które skłaniają mnie do wykonywania tej pracy. A są, o czym napiszę później.

Wartość dodana

Jak widać, znalezienie adekwatnego do rodzaju zapłaty materialnej lub niematerialnej sposobu szacowania tegoż przychodu to jedna z najtrudniejszych rzeczy w całej analizie opłaca mi się to lub nie opłaca czyli po prostu w szacowaniu wartości dodanej. Nie wszystko da się przeliczyć na złotówki, nie wszystko można za złotówki kupić i znalezienie odpowiednich mierników naszego zysku jest prawdziwym problem. W dalszej części pokażę jak radzę sobie z tym problemem i jak rozpoznaję, że mam do czynienia z wartością dodaną dla siebie samego.

Z pomocą w szacowaniu „kwot” przychodzą elementy praktyki biznesu. Oj nie wystrasz się tu proszę i nie odrzuć książki w najciemniejszy kąt mieszkania. Zrobię wszystko, co w mej mocy, by unikać pojęć z zakresu biznesu, języka ekonomii itp. Zamierzam po prostu wykorzystać niektóre ze schematów, które pozwalają określić czy dany nowy biznes będzie opłacalny czy też nie, a jeśli tak, to w jaki sposób należy go rozwijać. Skupię się na tym jakich elementów opisowych możesz użyć, by pomóc samemu sobie wyjaśnić, o co ci właściwie chodzi. Dlatego, choć nie jest to może natychmiast zrozumiałe, wprowadzę do schematu najważniejszego klienta na świecie: ciebie samego Czytelniku. Tak, tak! To ty jesteś i wykonawcą i … klientem. Tylko pozornie prowadzi to do rozdwojenia jaźni. Pokażę wkrótce, że to założenie przynosi bardzo owocne skutki.

Unikałem dotąd wprowadzenia pojęcia „JA”. Wprawdzie nie mam problemu ze stwierdzeniem, iż coś robię dla SIEBIE, interesuje mnie zysk dla SIEBIE, gotowy jestem podjąć jakieś wyzwanie, bo będzie to opłacalne DLA MNIE, ale zdaję sobie sprawę z faktu, iż częstokroć u podstaw naszego wychowania w domu rodzinnym czy środowisku, w którym żyjemy silne upodmiotowienie siebie jest bardzo źle przyjmowane. Fajnie jest na ołtarzyku najważniejszych spraw w życiu postawić egalitaryzm, drugiego człowieka, empatię itd., ale nawet w tym przypadku wypłatę za pracę dostaje osoba, która tę prace wykonała, podziękowania dostaje również ona, a nie nikt inny. Tak więc, nawet jeśli będzie ci przeszkadzać natrętne JA, JA, JA itd., przejdź proszę do porządku dziennego nad tym. Jesteś najważniejszą dla siebie osobą, najważniejszym dla siebie klientem więc nieracjonalna skromność tylko będzie przeszkadzać. Znam osoby, które mają z tym ogromny problem, ale nie mają problemu w szacowaniu, czy warto jest coś zrobić. Weź z nich przykład.

Realizacja projektu

Załóżmy, iż udało mi się oszacować zarówno przychody jak i koszty danego działania. Wiesz czego potrzebuje najważniejszy klient na świecie, wiesz też, co i jak należy mu dostarczyć. Pora przejść do planowania działań, a następnie realizacji. Trudno doszukiwać się problemów, gdy myślisz o tym, że musisz iść do sklepu, by kupić coś do zjedzenia. Twój najważniejszy klient oczekuje dostarczenia mu energii, więc ty – wykonawca – zakładasz czapkę i szalik i ruszasz do sklepu. Lista działań niezbędnych do wykonania tego projektu jest krótka, ale nawet w tak banalnym przykładzie warto jest przygotować sobie listę, może nie koniecznie działań, ale z pewnością przyda się lista zakupów. Bez niej zwykle przychodzę ze sklepu z:

– brakami w niezbędnych zakupach i muszę wracać,

– niepotrzebnymi rzeczami, które z jakieś powodu wpadły mi w sklepie do kosza.

Obydwa obszary prowadzą do poniesienia zbędnych kosztów, więc lista zakupów zdaje się być wybawieniem z kłopotów, w które regularnie wpadam i jak podejrzewam ty, Czytelniku, również.

Praca bez planu to jej sabotaż w najbardziej czułym miejscu. Może poznałeś wnioski z badań prowadzonych w … nad zachowaniami grupy studentów … (Hogan, 168 godzinny tydzień). Wniosek nie pozostawiał złudzeń: nie napiszesz listy zadań, to ich z dużym prawdopodobieństwem ich nie wykonasz. Tworząc listę spraw do wykonania, z jednej strony przyjmujesz na siebie silne zobowiązanie, a z drugiej przydzielasz sobie pracę do wykonania. Tak, ty sam pojawiasz się jako szef, który wie, co powinieneś zrobić. To bardzo podnosi skuteczność.

Jestem wielkim orędownikiem takiego projektowania prac do wykonania, by lista zadań pomiędzy rozpoczęciem pracy, a jej zakończeniem była jak najkrótsza. Coś takiego w mojej głowie siedzi, że gdy widzę 20 punktów do wykonania, to już po trzecim jestem zniechęcony i szukam sobie innego zajęcia. Nie mówię, że Twoje zachowanie jest podobne. Mówię tylko tyle, że nie radzę sobie z przesadną rozpiętością spraw do wykonania i działa to na mnie demotywująco. Skoro sam zapanowałem nad tworzeniem krótkich list, to z pewnością Tobie też się uda je tworzyć.

Wielki finisz albo zwrot akcji

Gdy cel został osiągnięty, warto odwrócić głowę i sprawdzić, czy wszystko udało się zrobić zgodnie z założeniami. Bardzo przydatne są tu różnego rodzaju wskaźniki opisowe lub liczbowe, które pozwalają ocenić postęp pracy. Załóżmy, planujesz odkładać miesięcznie 250 zł na wyjazd wakacyjny. Wystarczy sprawdzić na koniec miesiąca, czy taka kwota pojawiła się na subkoncie lub schowana jest w bieliźniarce pod prześcieradłem. Łatwo ocenić postęp prac w tym przypadku. Dużo trudniej, gdy musisz ocenić obszary niematerialne. Załóżmy, planuję wyrobić w sobie nawyk wkładania naczyń po posiłku do zmywarki i nie czekać, aż będą wystawać ponad zlew. Nie pamiętam jak to było w ostatnich dniach. Czy wkładałem je do zmywarki, czy odkładałem pod kran. Ba, zawsze mogę się przy tym usprawiedliwić, że przecież do miski po płatkach śniadaniowych muszę najpierw na parę godzin nalać wody, by rozmiękły resztki przed spłukaniem. Trudno jest ocenić takie zdarzenia. Ale da się to zrobić, zapewniam Cię, że do każdego projektu będziesz je w stanie znaleźć.

Planując i realizując jakiekolwiek działania staję niekiedy przed problem, iż tak w rzeczywistości, to mimo tego, iż osiągnąłem to co planowałem, to tak naprawdę nie jest to ani mi to przydatne, ani tym bardziej innym. Bardzo konkretny przykład. Dość często biurko zapełnia mi się książkami, które wykorzystuję czy to przy pisaniu bloga czy takiej pracy jak pisanie tej książki. Po ciężkim jednym czy dwóch dniach jest ich cała sterta. Cóż robię rankiem następnego dnia? Przenoszę wszystko na półkę i wołam żonę: „Chodź zobacz jak mam pięknie posprzątane. Nie poznasz mojego biurka!”. A w ciągu dnia historia się powtarza i zwykle po paru godzinach klawiatura mi się już nie mieści na powierzchni. Piękny przykład roboty, którą regularnie wykonuję i która, tak długo jak nie wypracuję innego schematu działań, zabiera mi niepotrzebnie czas. Dziś nie mam pomysłu jak „zjeść jabłko i mieć jabłko”. Przykład ten pokazuje jak ważnym jest dokonanie zwrotu w przyjętym planie działań czy wręcz występuje konieczność zmiany celu. Mój cel jest oczywisty: chcę mieć porządek na biurku i efektywny dostęp do źródeł literaturowych; ten który osiągnąłem tylko pozornie mnie do tego zbliżył. Nie mam wyboru. Muszę sobie teraz powiedzieć: myliłem się, zbieranie wszystkiego rano tylko zabiera mi czas i daje ułudę sukcesu. Nie o to przecież mi chodziło.

Nie bój się zmiany celu. Wiem, przyzwyczaiwszy się do niego, chodząc wokół niego bardzo trudno odrzucić go, gdy już jest lub prawie jest. Nie trzymaj niepotrzebnych rzeczy czy przyzwyczajeń. Sztuka prostoty tego wymaga[3], poczuj się wolnym w podejmowaniu decyzji, nawet tych trudnych decyzji.




[1] Jason Zweig, Twój mózg, Twoje pieniądze.

[2] R. Cialdini, Zasada wzajemności z dowolnej książki.

[3] Sztuka prostoty

Słowa kluczowe:, , , , , , ,

Trackback z twojego serwisu.

Komentarze (2)

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: