Najlepsze inspiracje
zamiast gotowych rozwiązań.

Nowe

Pięciogwiazdkowy dzień :)

Wartość dodana „ja”. W książce nie znajdziesz.

Krzysztof Wiśniewski. Wartość dodana JAPrzejdź do opisu zawartości: Wartość dodana Ja

Moja żona jest trenerem biznesu i certyfikowanym przez instytucje międzynarodowe coachem i doradcą biznesu. Może dwa, może trzy lata temu rozmawialiśmy kolejny raz na temat coachingu, z akceptacją którego jako metody mam duży problem. W moim przypadku zdecydowanie skuteczniejsze jest podejście oparte o mentoring i z tego rodzaju wsparcia chętnie korzystam. Nie o coachingu jednak chcę mówić, a o pewnym zdaniu, które w tracie tej rozmowy wypowiedziała żona. Dokładnie ich nie pamiętam, ale sens postaram się oddać, w hipotetycznym dialogu:

– Niczego nie oczekuj, wszystkiego się spodziewaj.

– Jak to mam nie oczekiwać niczego? Przecież po to pracuję, by oczekiwać wynagrodzenia. Po to podejmuję jakąkolwiek aktywność, by uzyskać jakiś zakładany skutek. Przecież nie będę siedział z założonymi rękoma tylko dlatego, by nie oczekiwać czegoś! Absurd!

– Rzecz nie w tym, byś odrzucał aktywność. Rzecz w tym, by niezależnie od wyniku przyjąć go takim jakim jest. Wydarzeń zewnętrznych, świata lub ludzi nie możesz zmienić, ale możesz zmienić siebie i tu się skup z ostrzem aktywności. Oczekując i nie otrzymując tego co oczekiwałeś, wpadniesz we frustrację, ale jeśli dostaniesz coś czego nie oczekiwałeś przyjmiesz to z radością. Czyż to nie jest logiczne?

Rzeczywiście główna myśl coachingu przekonała mnie do siebie. Nie powiem, że zaakceptowałem to w trakcie tamtej rozmowy. Trwało to dobrych naście miesięcy, ale dziś mogę z uśmiechem na twarzy powiedzieć: nie oczekuję niczego. Robię swoje. Przyjmę wszystko, co się wydarzy, choć zdaję sobie sprawę z faktu, że z niespodziewanymi nagrodami przyjdzie mi łatwiej niż z niespodziewanymi kłopotami. Porażki bolą, ale wiem, że są tak samo nieuniknione jak nagrody.

Jaki związek z treścią tej książki ma owa myśl coachingowa. Bardzo duży związek. Może się zdarzyć tak, iż wszystko czego się podejmiesz pójdzie godnie z planem. Nie zdarza to się często, ale może się zdarzyć. W takim przypadku nie ma żadnego znaczenia, czy oczekiwałeś tego wyniku czy też nie. Przyszedł, więc jest. Pewnie nawet cieszyć się nie będziesz z sukcesu, bo przecież był on zaplanowany.

Z zupełnie inną sytuacją będziesz mieć do czynienia, gdy nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, czyli w praktyce częściej niż zakładasz. Nie badałem wprawdzie tego ilościowo, ale zupełnie nie zdziwiłbym się, gdyby procentowy udział był porównywalny ze zgodnym z zasadą Pareto czyli w 20% przypadków wszystko udało się zgodnie z planem, a w 80% nie wszystko udało się osiągnąć lub droga do osiągnięcia celu przebiegała inaczej niż to zostało zaplanowane. Co wtedy? Rwać sobie włosy z głowy, czy przejść do porządku dziennego i poprawić co się da poprawić, a czego się

nie da to zostawić samemu sobie? No cóż, trzeba znaleźć inny cel i inną drogę do jego osiągnięcia. Bez wymyślania czegokolwiek. Po prostu trzeba zacząć od nowa lecz nie koniecznie w ten sam sposób. Parafrazując słowa Einstein’a: „głupim będziesz jeśli dwa razy zrobisz to samo i za każdym razem będziesz spodziewał się innego rezultatu”.

Co z tego, że porażka boli. Jeśli masz taką potrzebę, nikt ci nie zabroni zamartwiać się nią i rozpamiętywać każdy detal przez następne dziesięć lat. Ale czy nie lepiej tego czasu poświęcić na osiąganie nowych celów? Ponoć sukces w biznesie nie odnosi ten, kogo nie dotykają porażki, tylko ten kto najszybciej się po nich podnosi. Bardzo przekonywujące przykłady słuszności tej zasady znajdziesz w znakomitej książce Jima Collinsa: „Od dobrego do wielkiego”4 Porażki po których zaczął się zwycięski rajd ku rynkowemu sukcesowi dotknęły praktycznie każdą opisywaną tam firmę. Wprawdzie autor stawia tam tezę, że zwycięskimi organizacjami są te, które zbudowały wielkość w oparciu o właściwych ludzi, ale czy ty nie jesteś właściwym człowiekiem na właściwym miejscu? Z pewnością jesteś!

Jak widzisz, nikt nie zabroni ci rozpamiętywać swych przegranych zawsze wtedy gdy tylko masz na to ochotę. Pamiętaj jednak, chwilowa porażka może być świetnym motywatorem. Możesz psioczyć na świat, na ludzi, na pogodę, na lądowanie Marsjan na Wenus. Możesz wybrać najbardziej racjonalny lub absurdalny powód do obwiniania się i szukania przyczyny braku sukcesu czy wręcz porażki. Ale po co? Czy sądzisz, że mówiąc do ekranu telewizora zmienisz rozkład frontów burzowych? Być może masz taką moc, ale ja takowej nie posiadam i w czasie gdy ty będziesz winić front z lewa czy z prawa, ciepły czy chłodny, ja pójdę zabezpieczyć malwy przy domu, by podmuch ich nie połamał. Pamiętaj, każde Twoje działania to efekt twojego wyboru. Gdy postawisz wysoko oczekiwania, to super. Zadbaj jednak o to, ,by przyjąć to wszystko, co się wydarzy lub … nie wydarzy się, co bywa równie, jak nie bardziej, bolesne. Przyjmując świat takim jakim jest oddajesz wielki ukłon jemu i sobie. Odbierasz pracę lekarzom, bo nie trzeba ci leczyć wrzodów na żołądku, zostawiasz gotówkę w NFZ, bo nie trzeba płacić za leczenie Twojej depresji. I śmiejesz się z porażek.

Osobiście nie przeceniam wagi tzw. życiowego doświadczenia. Uważam, że uczenie się na błędach cudzych i swoich to przereklamowane hasło. Zdarza mi się zdobyć umiejętność poradzenia sobie w przyszłości w oparciu o zdarzenie z przeszłości, ale częściej drugi i kolejny raz popełniam podobny błąd. Co z tego, że sobie obiecam: „Było to ostatni raz. Więcej tak nie zrobię.” Gdy los podrzuca mi niespodziewane zdarzenie, to na dwoje babka wróżyła, jak się zachowam. No cóż, jestem tylko omylnym człowiekiem, którym targają te same ciągi skojarzeń myślowych w

podobnych do siebie sytuacjach. Raz utorowany na dane zachowanie mam duży kłopot z przyjęciem innej postawy przy tych samych warunkach startowych w przyszłości.

Tak na marginesie, zdarzyło mi się w życiu mniej lub bardziej świadomie wejść w wymianę zdań z hejterami i trollami internetowymi. Nie żyjąca już babcia Weronika wielokroć mi powtarzała: „Głupkowi zawsze schodź z drogi”. I co z tego, że o tym pamiętam. Emocje mnie ponosiły, wchodziłem w dyskusję, a potem przez parę dni leczyłem rany. Nie przypominam sobie, bym któregokolwiek przekonał, a za to obity byłem wyjątkowo boleśnie. Co zrobiłem? Przez kilka miesięcy, co parę dni wchodziłem w serwisy czy to onet.pl czy to gazeta.pl i szukałem trolli w komentarzach. Ćwiczyłem przejście do porządku dziennego nad wpisem. Gdy nie dawałem rady i korciło mnie napisać parę cynicznych słów, zmieniałem zachowanie i robiłem ciepły i puchaty wpis, by łagodzić atmosferę. Tylko nie raz wracałem sprawdzić reakcję. A co mnie obchodzi, jak oni na to zareagowali. A co mnie obchodzi, czym oni mają ochotę mi przyłożyć? Ćwiczenie uczyniło mistrza. Internet nie wyprowadza mnie z równowagi. Nawet opowieści o brzozach przyjmuję ze spokojem.

Słowa kluczowe:, , , , , , ,

Trackback z twojego serwisu.

Komentarze (2)

Pozostaw komentarz

%d bloggers like this: